Południowe Włochy – spełnione marzenie podróżnicze

Południowe Włochy – spełnione marzenie podróżnicze

Marzyłam o tej podróży od kilku lat. Mieliśmy jedno nie udane podejście. Choć Włochy odwiedzałam wiele razy, to własnie południe – najbardziej włoska część Włoch była moim wielkim podróżniczym marzeniem. Marzeniem, które w marcu udało mi się spełnić. W okolicach grudnia, udało mi się złapać bardzo tanie bilety do Lamezia Terme. Pomyślałam że to dobry moment, żeby spełnić marzenie i dokupiłam powrotne bilety z Neapolu. Zebrałam ekipę (ja, Mąż, przyjaciółka i jej chłopak) i zaczęłam planować wyprawę. Dziś, kilka dni po powrocie, zapraszam Was na wspomnienie z tej wspaniałej wycieczki.

Niedziela 25.03.2018

Niedzielę palmową rozpoczęliśmy wcześnie, bo Mszą Świętą o godzinie 7.3o. Prosto z kościoła, autobusem miejskim udaliśmy się na lotnisko w Balicach, skąd o godzinie 10.50 mieliśmy samolot do Lamezia Terme.

Początkowo, smuciłam się troszkę, że nasz pierwszy wspólny lot samolotem, spędzimy z Mężem osobno (nie zdecydowałam się na dopłatę za miejsce koło siebie) jednak, spotkała mnie miła niespodzianka. Samolot nie był pełen, i znalazło się dla mnie wolne miejsce obok mojego Ukochanego. Lot upłynął nam spokojnie, i kilka minut po 13 dotarliśmy do Międzynarodowego portu lotniczego Lamezia Terme, który, szczerze mówiąc nie prezentuje się zbyt okazale.

Ponieważ, do czasu odebrania samochodu z wypożyczalni, mieliśmy jeszcze trochę czasu postanowiliśmy coś przekąsić. Za namową personelu lotniska, zdecydowaliśmy się na stołówkę, w której zjedliśmy po talerzu bardzo smacznego penne.

Po obiedzie, udaliśmy się do wypożyczalni, odebrać zamówiony wcześniej pojazd. Na miejscu, okazało się, że zamówiony przeze mnie Citroen C3 jest nie dostępny, i zamiast tego dostaniemy Jeepa Renegate. Jako jedyny kierowca, trochę się zestresowałam, ponieważ jest to dość duże auto, a wiedziałam że czeka mnie dużo wąskich uliczek. Początki zawsze bywają trudne – nie byłam w stanie wyjechać z parkingu, dopóki uprzejmy pan, nie przeparkował swojego samochodu. W smugach ulewnego, niemalże tropikalnego deszczu wyruszyliśmy w kierunku Matery – pierwszego przystanku na naszej drodze do Neapolu.

Poniedziałek 26.03.2018

W poniedziałek, po wybornym śniadaniu (kanapki z mozzarellą i pomidorem) wybraliśmy się na zwiedzanie Matery. Jest to przepiękne miasto, usytuowane nad wąwozem rzeki Gravinia. Jego historia sięga czasów kamienia łupanego, kiedy to zamieszkiwano jaskinie znajdujące się na zboczach wąwozu.

Wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO miasto, ma w swojej historii wiele niechlubnych rozdziałów. Do lat 50-tych ubiegłego stulecia, to piękne miasto było nie tylko nieznane – ale także wręcz wymazywane ze świadomości społecznej. W Materze nie było elektryczności, kanalizacji, bieżącej wody. Zachwycające Sassi było siedliskiem brudu i chorób. Państwo, chcąc walczyć z zacofaniem, wybudowało na obrzeżach bloki, do których przymusowo wysiedlono niechętnych mieszkańców. Dziś, nie zamieszkane domki są remontowane, powstają w nich hotele, B&B i inne punkty usługowe.

Miasto ma niesamowity klimat, wyremontowane domki, gotowe na przyjęcie gości sprawiają bardzo przyjemne wrażenie. Miasto było praktycznie puste. W spokoju spacerowaliśmy ulicami i chłonęliśmy wspaniałą atmosferę. Widziałam już wiele pięknych miejsc we Włoszech i nie tylko, jednak to miasto wywarło na mnie największe wrażenie.

Zwiedzenie Matery zajęło nam pół dnia. Po obiedzie wyruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem była Savoia di Lucania – maleńa wioska położona w samym sercu południowych Apenin. Uśpione miasteczko, zawieszone nad przepaścią powitało nas mgłą i śniegiem.

Trafiliśmy tu całkiem przypadkowo, szukając na AirBNB mieszkania, po tym, jak nasze dwie poprzednie rezerwacje w tej okolicy zostały odwołane. Choć miasteczko nie ma zbyt wielu atrakcji (1 kościół, 2 sklepy, niecałe 1000 mieszkańców) bardzo cieszyliśmy się z wizyty w pięknym mieszkanku, bardzo sympatycznych Włochów, z którymi, jako jedyna mówiąca po włosku, odbyłam bardzo ciekawą rozmowę o życiu i historii. 

To cenię sobie w podróżach na własną rękę – spotkania z ludźmi, czas na spotkanie, rozmowę, poznanie miejsc, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. W zimie i wczesną wiosną to miasteczko jest uśpione i opustoszałe, jednak zrobiło na mnie bardzo miłe wrażenie.

Wtorek 27.03.2018

Z zaśnieżonych Apenin, we wtorkowy poranek wjechaliśmy do zgoła innego świata – na słoneczne wybrzeże Amalfitańskie.

Jest to zachwycający fragment wybrzeża, cały jakby wyjęty z pocztówki. Okrążyliśmy je wąską, krętą drogą. Była to pełna wrażeń przejażdżka, jednak nie ze względu na zapierające dech w piersiach widoki, lecz ze względu na włoskich kierowców, którzy znając drogę jak własną kieszeń z upodobaniem trąbią na tych mniej wprawnych uczestników ruchu. Droga jest usytuowana między przepaścią a skalną ścianą. Nasz – wyposażony w czujniki odległości Jeep – nieustannie wygrywał melodie, kiedy to kolejni zniecierpliwieni kierowcy mijali nas niemalże na centymetry. Szczerze mówiąc z ulgą powitałam powrót na zwykłą drogę, która zawiodła nas do samych Pompejów.

Niestety, ze względu na burze na szczycie, nie wypalił nasz plan zdobycia Wezuwiusza, jednak odwiedziliśmy Herkulanum – etruskie miasto zasypane przez wybuch Wezuwiusza w 79 roku.

Odwiedziliśmy także Bazylikę w Pompejach. Jest to piękny kościół Matki Bożej – królowej różańca – związanej z bardzo znaną Nowenną Pompejańską – zwaną modlitwą nie do odparcia.

Środa 28.03.2018

W środę wyruszyliśmy do Neapolu. Myślę –  zważywszy na sposób jazdy tamtejszych ludzi – że cudem jest, iż udało się nam zwrócić Jeepa do wypożyczalni bez ani jednej ryski. Koło południa, rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta. Czasu mieliśmy zdecydowanie nie wiele, zważywszy na ilość atrakcji turystycznych. Udało się nam jednak zobaczyć Katedrę św. Januarego, kościół świętej Klary i bardzo ciekawe Napoli Sotteranea, czyli podziemia miasta.

Miasto ma oczywiście bardzo włoski klimat, i fakt – jest trochę zaśmiecone. Neapol jest bardzo piękny, jednak mimo tego że poza sezonem – pełen ludzi. Miałam wrażenie, że cały czas muszę się pilnować, i zwiedzanie go było dla mnie dość męczące.

Wieczorem, udaliśmy się na wybrzeże. Gdzie oglądaliśmy zamki, oraz bardzo ładną panoramę oświetlonego miasta z Wezuwiuszem w tle.

Czwartek 29.03.2018

W czwartek – ostatni dzień naszych wakacji – wdrapaliśmy się na wzgórze z Castel San’Elmo aby na pożegnanie zobaczyć Neapol z góry.

Przeżyliśmy chwilę stresu, kiedy uciekł nam autobus na lotnisko, jednak na szczęście kursują one na tyle często, że spokojnie udało nam się złapać nasz samolot. Wypoczęci i pełni wrażeń wróciliśmy do domu.

Jestem bardzo szczęśliwa, że udało nam się wybrać na małe wakacje, których bardzo potrzebowałam. Spełniłam swoje wielkie podróżnicze marzenie, i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się wrócić na południe Włoch.

 

Comments are closed.